fbpx

Recenzja “Everything Sucks!” Sally może czekać, ale ja chcę drugi sezon!

Den of Geek

Everything Sucks!” na pierwszy rzut oka wygląda jak próba udobruchania tych, którzy w natłoku filmowych i serialowych przejawów sentymentu do lat 80. nie mogą się odnaleźć, bo sami jeszcze wtedy nie istnieli (jak np. ja, chociaż ja kupuję jednocześnie całym sercem te podkoloryzowane, zafałszowane uczuciami wizje amerykańskich przedmieść lat 80.). Nie spodziewałam się po „Everything Sucks!” za wiele. A już na pewno nie sądziłam, że uznam ten serial za warty umieszczenia w moim życiowym topie. Dziwne niekiedy pisze los scenariusze, prawda?

Gdzieś już to widzieliśmy

Schemat historii jest prosty i dobrze wszystkim znany. Trio chłopców-kujonów trafia do liceum. Pragną odmienić swoje życia – należeć do popularnej paczki, przeżyć pierwszy pocałunek, a przy odrobinie szczęścia do końca szkoły stracić dziewictwo. Natury jednak nie oszukasz. Już pierwszego dnia zapisują się do najmniej popularnego koła zainteresowań w szkole (AV, czyli audiowizualnego) i dają się poznać jako dziwacy. Na domiar złego jeden z nich, Luke (Jahi Di’Allo Winston), z miejsca zakochuje się w dziewczynie z drugiej klasy, Kate Messner (Peyton Kennedy), która nie dość, że jest córką dyrektora, to jeszcze skrywa pewną tajemnicę. To uczucie pociągnie za sobą wiele konsekwencji, ale tym, co napędzi akcję serialu będzie konflikt bohaterów z kółkiem teatralnym.

Jak nuda to w Boring

Od początku twórcy nie pozostawiają widzowi wątpliwości, co do obranego kierunku kształtowania narracji, zapowiadając dekonstrukcyjną, ironiczną i chwilami nieco złośliwą opowieść bez półśrodków. Najnudniejsze miejsce na ziemi? Proszę, oto Boring (tak, to nazwa prawdziwej miejscowości), do którego ludzie nawet nie wjeżdżają, a jedynie rozchichotani robią sobie fotkę przy tablicy z nazwą miasta i zawracają. Jak na ironię Boring odstaje jednak znacząco od standardów. Dyrektor tutejszego liceum to pocieszny wrażliwiec, a poziomu popularność nie wyznaczają cheerliderki i futboliści, lecz członkowie koła teatralnego (którym jednocześnie nie przeszkadza bratanie się z outsiderami takimi, jak trio świeżaków).

ZOBACZ TEŻ  Belfer - dobre a polskie

Lata 90. pełną gębą

Konstrukcję serialu oparto na nieskomplikowanych kontrastach – tak na poziomie fabuły, jak i wizualnym – wykorzystując całą paletę stereotypów. Szara myszka po transformacji, schodząca w sukni po schodach? Jasne, ale nie bez pewnego twistu. Kolejne epizody składają się na większą opowieść realizowaną w ramach sezonu, jednak także na poziomie poszczególnych odcinków można mówić o problematyzujących szerzej jakiś wątek mikrohistoryjkach. Dodatkowo odcinki wprost pękają w szwach od nagromadzenia atrybutów lat 90. Chociaż część recenzentów narzeka na pewnego rodzaju przytłoczenie gadżetami w dwóch pierwszych epizodach, to trudno mi się zgodzić z podobnymi zarzutami. Może dlatego, że wydały mi się dla rzeczywistości „Everything Sucks!” naturalne i nie widziałam potrzeby ich inwentaryzacji? W warstwie muzycznej nie mogło rzecz jasna zabraknąć Oasis czy Tori Amos.

Bohaterowie i ich emocje

By jeszcze bardziej zagrać na oczekiwaniach widza wiele z banałów pokonano niespotykaną naturalnością, która uniemożliwia krytykowanie „Everything Sucks!” za sztampowość. Emocjonalna szczerość to zresztą właśnie to, co przesądza o wyjątkowości produkcji Netflixa. Nie sposób nie docenić ekspresyjnych transformacji bohaterów, które przeżywa się z przyspieszonym biciem serca i zaciśniętymi palcami. Narastająca w Luke’u frustracja, przemieniająca go z nieśmiałego kujona w złośliwego gnoma; zainspirowana drobnymi gestami odwaga narastająca w sercu McQuaida (Rio Mangini); stopniowe zdejmowanie maski przez Emeline (Sydney Sweeney) – to tylko garstka przykładów, które przyszły mi do głowy w pierwszej kolejności. Każdy z bohaterów jest inny, ukształtowały ich odmienne historie życiowe i motywacje. Trudno porównywać młodych bohaterów z „Everything Sucks!” – co już się zdarza – do postaci ze „Stranger Things”. Nie można odrzucić oczywiście pewnych estetycznych podobieństw, ale te są jednak raczej znakiem epoki niż świadomym ruchem. Podczas gdy w „Stranger Things” widz koncentruje się przede wszystkim na akcji z pociesznymi postaciami, w „Everything Sucks!” skupia się na postaciach i rozbrajających z nimi akcjach. Przeniesienie akcentu istotności z poziomu „dziania się” na postaci, diametralnie zmienia odbiór całości. Tym bardziej, iż każdy ma szansę odnalezienie w serialu odbicia swojego charakteru bez względu na płeć, kolor skóry, czy orientację seksualną.

ZOBACZ TEŻ  True Detective - brud, przemoc i nieuzasadniona wiara w bajki

„Everything Sucks!” to nie tylko dzieciaki, ale również dorośli. Bez asekuranctwa i nieśmiałości mogę zdecydowanie napisać, że wątek romansowy między rodzicami dwójki bohaterów jest jedną z najbardziej romantycznych i przekonujących wizji kształtowania się uczucia. Relacja postaci wydaje się tak naturalna i urokliwa, że nie sposób się nie wzruszyć. A to wszystko przy zachowaniu przekonania, że takie rzeczy nie dzieją się wyłącznie w bajkach, lecz gdy spotkają się dwie właściwe osoby.

Chcę więcej!

Dawno się tak nie uśmiałam, dawno się tak nie wzruszyłam, dawno też nie oglądałam produkcji, która do tego stopnia pozbawiłaby mnie świadomości upływu czasu. Niespełna 30-minutowe odcinki umykały w zastraszającym tempie. Ben York Jones i Michael Mohan stworzyli coś wyjątkowego – pozwolili widzom zbliżyć się do postaci, zrozumieć je, a potem… ucięli wszystko brutalnym cliffhangerem. Och, bolesne będzie to wypatrywanie drugiego sezonu. To kto czeka ze mną?