Choć 2017 obfitował w rewelacyjne premiery, wyłonienie piątki faworytów nie sprawiło mi większego problemu. Ciekawa historia, perfekcyjnie zrealizowane zdjęcia i świetny soundtrack – dzięki nim wyróżnione produkcje trafiły do ścisłej czołówki. Poznajcie moich serialowych ulubieńców.

1. The End of the F***ing World

Zakochałam się w nim już od pierwszego odcinka. Po ostatnim stwierdziłam, że prawdopodobnie przez długi czas nie zobaczę serialu, który mu dorówna. Przyznam, że trochę mnie to zasmuciło. Odłożę jednak smuteczek na bok i z rozkoszą wyjaśnię, dlaczego brytyjska komedia – czarna niczym za późno wyjęta z opiekacza grzanka – chwyciła mnie za serce. The End of the F***ing World jest produkcją szytą na miarę. Ma w sobie wszystkie szczególnie uwielbiane przeze mnie elementy – absurdalny humor, wprawny montaż, pokręconych bohaterów-odmieńców i przeuroczy leitmotif. Doceniam również to, że wątek romantyczny w The End of the F***ing World stworzono w oparciu o niebanalny i genialny w swej prostocie pomysł: chłopak udaje, że się zakochał, by zbliżyć się do dziewczyny i ją zamordować. Sprytne scenariuszowe rozwiązanie przysparza okazji do makabrycznych żartów, przez które kilka razy oplułam monitor (wybacz, monitorku, głask-głask). Serial o parze zwariowanych kochanków głęboko mnie wzruszył. Wstrząsnął i zmieszał. Czasem przyłapuję się na tym, że tęsknię za Jamesem i Alyssą. Mimo swoich dziwactw stali mi się bardzo bliscy. A może właśnie dzięki nim…

2. Seria niefortunnych zdarzeń

the end of the f***ing world

Źródło: npr

Serialowa adaptacja powieści Lemony’ego Snicketa rozkłada na łopatki. Ze znakomitym rezultatem łączy w sobie niesamowitość, grozę, inteligentny i wyrafinowany humor, wartką akcję i wybitną grę aktorską. Neil Patrick Harris spisał się wspaniale, udowadniając swoją wszechstronność. Nie mogę się doczekać drugiego sezonu. Pierwszy pozostawił mnie z wypiekami na twarzy, policzkami obolałymi od uśmiechania się i rozszerzonymi źrenicami.

3. Wielkie kłamstewka

the end of the f***ing world

Źródło: Hollywood Reporter

Gdy szykowałam się do obejrzenia Wielkich kłamstewek, spodziewałam się klasycznej opery mydlanej z wątkiem kryminalnym w tle. Szybko przekonałam się, że serial David’a E. Kelley’a ma do zaoferowania o wiele więcej. Wszystkie odcinki pochłonęłam w jedną noc. Co więcej, zrobiłam to w doborowym towarzystwie. W tym miejscu chciałabym podziękować moim nieocenionym kompankom, Adzie i Magdzie. W czasie seansu zrobiłyśmy sobie mini-sesję terapeutyczną – akcja serialu wyjątkowo do tego nastraja – narzekając na kobiecy los. Po wszystkim niewyspane do granic ludzkiej wytrzymałości pojechałyśmy na zajęcia z estetyki. Wielkie kłamstewka to produkcja, która opowiada o potrzebie akceptacji, presji wywieranej na jednostki, rodzinie i pogoni za poczuciem spełnienia, w szczególnie umiejętny i błyskotliwy sposób. Choć wolałabym, żeby serial zakończył się na jednym sezonie – skądinąd bardzo spójnym – chętnie zobaczę kontynuację. Zwłaszcza, że wystąpi w niej Meryl Streep.

4. Dark

the end of the f***ing world

Źródło: syfy

Niemiecki serial dostępny na Netfliksie to kawał dobrego, klimatycznego science fiction. Zdecydowanie ambitniejszego niż Stranger Things. Podróże w czasie, radioaktywne odpady, rodzinne dramaty, nielegalne eksperymenty na ludziach – wszystkie wymienione składniki znajdziemy w 10 odcinkach zaskakująco udanej produkcji. Dark jest mroczny, depresyjny i niepokojący. Po seansie rekomenduję zjedzenie dwóch litrów lodów albo obejrzenie kilku filmików ze śmiesznymi kotkami.

5. Mindhunter

the end of the f***ing world

Źródło: Den of Geek

Za sterami Mindhuntera stoi między innymi David Fincher, co samo w sobie wydaje się najlepszą rekomendacją. Serial o agentach FBI grzebiących w głowach seryjnych (i nie tylko) morderców pochłonął mnie bez reszty. Spodobał mi się między innymi sposób, w jaki twórcy oddali szczególną atmosferę szalonych lat 70. Sceny erotyczne też były niczego sobie…